S.M.R. 1933S.M.R. 1933

S.M.R., Bernard z Wąbrzeźna, Pro Christo. Wiara i czyn. Organ młodych katolików, Warszawa, R. 9 (1933), nr 5 (maj), s. 276-282.

 

Nieraz już pisano na łamach tego pisma o polskich „kandydatach do beatyfikacji”; jednym z takich nieznanych przez ogół Świętych, zasługujących bezwarunkowo na cześć ołtarzy, jest zmarły 330 lat temu sługa Boży Bernard z Wąbrzeźna (1575-1603), zakonnik opactwa benedyktyńskiego w Lubiniu w Wielkopolsce.

Ojciec jego, Paweł Pęcherek, był burmistrzem i kościelnym w Wąbrzeźnie w Prusach Zachodnich, diecezji Chełmińskiej (dziś województwo Toruńskie). Wąbrzeźno, przezwane później przez Niemców Briesen, jest schludnym miasteczkiem, malowniczo położonym nad jeziorem; ma dziś przeszło 7000 mieszkańców i starożytny kościół gotycki z czerwonej cegły, stawiany przez Krzyżaków, gdzie 3-go lutego 1575 r. ochrzczono dziecię nowonarodzone małżonków Pęcherków, i nadano mu imię jakie sobie przyniósł: Błażej. Matka jego, Dorota Sasinówna, powiła mężowi 8-ro dziatek, które wychowywała w wielkiej karności i bojaźni Bożej. Błażej, obdarzony przez Boga wybitnymi zdolnościami, uczęszczał do szkoły rodzinnego miasteczka, chętnie służył do Mszy zacnemu proboszczowi, ks. Bartłomiejowi, i czynił tak wielkie postępy w naukach i w cnocie, że go rodzice postanowili kształcić dalej, i w 12-tym roku życia wysiali go do szkół OO. Jezuitów w Poznaniu. Pierwszym jego rektorem był tu przez 7 lat wielki teolog i znany tłumacz Pisma św. X. Jakub Wujek, a spowiednikiem O. Wojciech Tobolski, który na jakie 25 lat przedtem był profesorem greki św. Stanisława Kostki w kolegium wiedeńskim. Pod kierownictwem takich przewodników i mistrzów młody Pęcherek kształcił się w naukach świeckich oraz rósł w mądrości Bożej, przez nauczycieli i kolegów zarówno oceniony i kochany. Wtedy już zwracał na siebie uwagę niezwykłą a gruntowną pobożnością, i niejeden fakt z jego ówczesnego życia dowodzi, jak musiał być Bogu miłym.

Oto np. jedno zdarzenie uwiecznione na starym obrazie, umieszczonym przy jego grobie: W głębi wymalowane miasto Poznań z dawnym kościołem parafialnym św. Magdaleny o wyniosłej wieży; rzeka Warta z wielkim mostem, blisko rzeki Błażej jako student, w długiej czerwonej sukience z czarnym pasem, za nim dwóch jego współuczniów, przed nim nisko pochylona dziewczynka w czarnym ubraniu, sięgająca po dzbanek, który Błażej błogosławi. To pierwszy cud jego: razu pewnego bowiem, idąc z towarzyszami swymi do szkoły, spotkał za miastem sierotę płaczącą rzewnymi łzami, gdyż potknąwszy się przez nieostrożność rozlała mleko i stłukła dzbanek Błażej, wzruszony jej łzami, złożył skorupy i przeżegnał je: dzbanek był cały! Następnie kazał jej zaczerpnąć wody z Warty, przeżegnał go znowu, i woda zamieniła się natychmiast w mleko.

Innym razem – było to w Wielki Piątek, – Błażej, który był uczniem przychodnim OO. Jezuitów, a mieszkał na przedmieściu za murami miasta, śpieszył przede dniem z towarzyszami swoimi do kościoła św. Marii Magdaleny, na pasyjne kazanie. A że było jeszcze bardzo rano, przeto zastali bramę miasta zamkniętą. Błażej na ten widok rzewnie zapłakał, wyrzucając sobie, że nie pozostał przez noc całą w kościele na rozważaniu gorzkiej Męki Zbawiciela. Wszelako nie tracąc otuchy padł kornie na kolana, modląc się gorąco. Potem wstał, i natchniony duchem Bożym przeżegnał branie znakiem krzyża świętego. Natychmiast brama sama cudownie się otworzyła, a gdy wszedł z kolegami do miasta, znowu na powrót, bez żadnej ludzkiej pomocy, zawarła się i zaryglowała.

Udając się rano do szkoły, eksterniści zabierali ż domu drugie śniadanie, Błażej miewał zwykle tylko kromkę suchego chleba, w kieszeni, a i tę oddawał najczęściej napotkanemu na drodze nędzarzowi, bo nie stać go było na pieniężną jałmużnę. Bóg potwierdził kilkakrotnie, jak miłym mu był ten uczynek miłosierdzia; albowiem ubodzy chorzy, skosztowawszy chleba od św. Młodzieńca otrzymanego, przychodzili nagle do zdrowia. Gdy te cuda zaczęły się rozgłaszać, ciśnięto się tłumnie do pobożnego studenta; on zaś uciekał i krył się, aby go nie poznano i bocznymi uliczkami śpieszył do kolegium.

W wyższych klasach zapoznał się Błażej z kilku młodymi benedyktynami z klasztoru lubińskiego, którzy przebywali w Poznaniu na studiach teologicznych, i wspólnie mieszkali w osobnym domu, do opactwa należącym. Ciągnęła Błażeja mądra i szeroka Reguła św. Benedykta, zachowywana przez tych młodych mnichów z rzadką na owe czasy ścisłością, wskutek reformy klasztoru lubińskiego, opartej na konstytucjach kluniackich, świeżo przeprowadzonej przez opata Stanisława Kiszewskiego w 1589 roku. Za radą swego Spowiednika, wyżej wymienionego O. Tobolskiego SJ, który „chciał reformę lubińską podeprzeć tym świętym kandydatem jako mocnym i wypróbowanym słupem”, – jak pisze stary biograf naszego bohatera, – młody Pęcherek, skoro tylko ukończył nauki w kolegium Poznańskiem, poszedł rzucić się do nóg opata Kiszewskiego, prosząc go pokornie o przyjęcie do zakonu; działo się to 5-go stycznia 1599 r.

Kandydat miał lat 24, gdy przywdział habit św. Benedykta w Lubiniu i otrzymał imię zakonne Bernarda. Chwilę tę przedstawia stare malowidło znajdujący się również na grobie jego: ołtarz z dwiema zapalonymi świecami; na stopniach klęczy Bernard z pochyloną głową, a przed nim stojący opat wkłada nań czarny szkaplerz benedyktyński. W nowicjacie zajaśniał Bernard wszystkimi cnotami zakonnymi; „Już nie biegł drogą doskonałości, ale latał jako orzeł – mówi jego biograf, – On kochanek Boży, towarzysz Aniołów, zdawał się być nie uczniem, ale wzorem nawet 'dla tych, którzy byli jego przewodnikami”. Pokora jego i umartwienie były nadzwyczajne. Nosił on zwykle ostrą włosiennicę oraz pas nabijany żelaznymi kolcami[1]. Noce przepędzał często w kościele; zwykle zaś wyprzedzał czas Jutrzni, śpiewanej o północy, i bracia znajdowali go nieraz w zimie, na poły zdrętwiałego na gołej posadzce kamiennej, zatopionego w modlitwie.

Tak zeszedł mu rok próby nowicjatu. Wreszcie 24-go lutego 1600 r. został przypuszczony do profesji zakonnej i tego samego roku otrzymał święcenia kapłańskie, gdyż jak wyżej wspomniano, skończył był poprzednio nauki teologiczne pod światłym kierunkiem OO. Jezuitów, Według świadectwa współczesnych nie mógł odprawiać Najśw. Ofiary bez wylewania obfitych łez; co mu się też często zdarzało po Mszy św. wśród modlitwy dziękczynnej. Wojciech Marek, stary sługa klasztorny, stanął w 1686 r. przed komisją biskupią, mającą badać życie i cuda zmarłego przed 80-ciu laty Bernarda z Wąbrzeźna, i zeznał pod przysięgą, że dziś ma lat 104 „lecz jest całkiem zdrów na ciele i umyśle”; że w młodości często służył O. Bernardowi przy ołtarzu, „Razu jednego, powiada, gdy po Mszy św. modlitwy dziękczynne odprawował, wszedł do zakrystii pewien szlachcic z bratem swoim, wielką chorobę ustawicznie cierpiącym; wiedząc o świętobliwości O. Bernarda, prosił go o błogosławieństwo dla brata swego chorego. Sługa Boży pocieszał go mówiąc; „Nie frasujcie się, Pan Bóg was pocieszy” – i przeżegnał chorego. Po tym przeżegnaniu chory został wolny od wszelkiej niemocy”.

Opat Stanisław Kiszewski, widząc w młodym zakonniku tak wielką dojrzałość, zamianował go w 1601 r. magistrem nowicjuszów, mimo młodego wieku i niedawnej profesji. Bernard okazał się godnym tego zaufania przełożonego swego; uczył i porywał nowicjuszów sobie powierzonych nie tyle słowem co przykładem. Zawsze pierwszy w chórze i przy pracy, dzielił ich zajęcia, a gdy przez niebaczność lub niedbalstwo coś opuścili, sam to za nich spełniał, jakoby ich zastępując. Napominał ich wedle potrzeby to łaskawie i łagodnie, to znów poważnie a nawet surowo. Jeżeli który z nowicjuszów nie miał odwagi spełnić nałożonej sobie pokuty, to O. Bernard spełniał ją sam za winowajcę, który wtedy skruszony i do głębi przejęty, przychodził zwykle prosić o przebaczenie i dobrowolnie poddawał się karaniu.

Młody mistrz nowicjatu od dwóch lat zaledwie pełnił ten odpowiedzialny urząd, ku zadowoleniu opata i zbudowaniu współbraci, gdy prawie nagle ciężko zachorował. „Bóg chciał go wcześnie powołać do Siebie i wynagrodzić bogaty acz krótki żywot jego – czytamy w starym życiorysie Bernarda, – dlatego pozwolił, aby choroba jako wiatr ostry północny przewiała tę duszę, aby z niej jakoby z ogrodu Oblubienicy popłynęły wonności cnót: doskonałej cierpliwości i połączenia się z Bogiem przez bezwzględne poddanie się Woli Jego najświętszej”.

Bernard znosił wszystkie cierpienia, którymi podobało się Panu go nawiedzić, nie tylko mężnym, ale nawet wesołym umysłem, tak iż w zdumienie wprawiał tych, co się doń zbliżali. Odmawiał pomocy lekarskiej, wiedząc z objawienia, iż koniec krótkiego żywota jego się zbliżał, „Pragnę być rozwiązanym i być z Chrystusem”, powtarzał za św. Pawłem. Przyjąwszy z nabożeństwem Sakramenta św. żegnał się serdecznie z braćmi, a ująwszy mocno wizerunek Ukrzyżowanego, przytulił go do serca, całując z uniesieniem i tak umarł, in osculo Christi – dnia 2-go czerwca 1603 roku, w wieku lat 28, przeżywszy w klasztorze 4 lata, 4 miesiące i 6 dni. Słusznie do niego zastosować można słowa, które Kościół św. wyznaczył „na Introit św, Stanisława Kostki: Consummatus in brevi, explevit tempora multa (Stawszy się wkrótce doskonały, wypełnił czasów wiele).

Celę w której umarł W, O, Bernard, w wielkim zawsze miano poszanowaniu; znajdowała się ona w części wschodniej, klasztoru, gdzie się mieścił nowicjat. Na jednej ze ścian, blado-różowo malowanej, wyobrażone było łóżko, na nim konający Bernard, z twarzą podobną do istniejącego dziś jeszcze portretu, odbierający z rąk przeora krucyfiks. Z ust umierającego wychodziła para, a w niej maleńka osóbka, przedstawiająca duszę ku niebu ulatującą; w głowach stał Anioł w nogach czart. Naiwne to malowidło dziś już nie istnieje. Rząd pruski bowiem w r. 1846 kazał zburzyć i rozebrać tę część klasztoru, a cela ona, uświęcona tajemnicami życia Bernarda i jego zgonem, zniknęła bezpowrotnie. Pozostały tylko widoczne na podwórzu znaki fundamentów, na których można by kiedyś wznieść kaplicę w miejscu, z którego Sługa Boży do niebieskiej przeniósł się Ojczyzny.

Zwłoki jego święte pochowano z wielką czcią w głównej nawie kościoła lubińskiego, po lewej stronie od wejścia. Wierni, nieomylnym wiedzeni instynktem, zarzucali grób jego kwiatami, szczególnie różami i liliami, które potem rozsyłano po całym kraju, gdyż miały cudowną moc leczenia chorób duszy i ciała. Bracia zakonni Bernarda rozchwytywali na wyścigi najmniejsze drobnostki po nim pozostałe; zwłaszcza listy jego własnoręczne zdziałały kilka znamiennych cudów. Schodząc o północy na jutrznię, widywano nieraz Bernarda klęczącego w swej stalli jak za życia, ale z aureolą Świętych nad głową. Cuda tak się mnożyły na jego grobie, z którego dobywała się woń przedziwna, że zaczęto z daleka pielgrzymować do Lubinia, a w r. 1629 ks. Maciej Łubieński, arcybiskup Poznański, wyznaczył komisję do badania życia i cnót oraz łask i cudów za przyczyną Bernarda z Wąbrzeźna zdziałanych, – a było ich wtedy już przeszło 100.

Podniesienie zwłok jego naznaczone było na dzień św. Michała 1639 roku; miał go dokonać biegły w tych sprawach Jezuita, ks. Fryderyk Szembek. Tymczasem ten ostatni ciężko zachorował i niebawem umarł, a nadto wybuchnęły wojny szwedzkie; cały kraj stanął w ogniu; Szwedzi, przy pomocy zdrajcy Radziejowskiego, opanowali Wielkopolskę; palono i rabowano klasztory, znieważano i mordowano kapłanów i zakonnice Bogu poświęcone. Na domiar złego morowe powietrze głód i inne klęski towarzyszące wojnie spadły na nieszczęsną. Ojczyznę naszą. Nic dziwnego, że wśród takiej grozy i klasztor lubiński uległ spustoszeniu, Opat komendataryjny Stanisław Makowski uciekł zagranicę, zastępujący go przeor z bracią zakonną uszli na Śląsk. Dopiero w 1660 roku dwudziestu z nich powróciło z tego wygnania; zastali kościół i klasztor lubiński w opłakanym stanie. Nie tylko wota i cenne ozdoby z grobu Sługi Bożego Bernarda zniknęły bez śladu, ale i dokumenta dotyczące jego sprawy zaginęły. Trzeba było rozpocząć procedurę na nowo. Spisano szereg nowych cudów i rzecz miała być odniesiona do Rzymu, gdy nastały nowe wojny, pociągające za sobą zwykły orszak klęsk; głód, zarazę, ruinę materialną i nędze wszelkiego rodzaju.

Wreszcie w 1794 roku wyznaczona ad hoc komisja biskupia otworzyła grób Bernarda i znalazła po blisko 200 latach od zgonu ciało jego nieskażone. Po spisaniu protokołu nakryto trumnę kosztownym dywanem i zamurowano ją powtórnie. Na grobie ustawiono nowy pomnik, we Wrocławiu z kamienia krajowego wykonany, w pompatycznym, pretensjonalnym stylu owej epoki. Zdawało się, że teraz nareszcie dojdzie do upragnionego procesu beatyfikacyjnego, na który odłożono fundusz wynoszący przeszło 2000 talarów, Lecz inne były wyroki Boże; suma ta została zabrana przez rząd Pruski w 1836 r. wraz z innymi funduszami należącymi do klasztoru.

Dziś usiłują wznowić tę sprawę w Świętej Kongregacji Obrzędów, co powinno by pójść tym łatwiej, że wierni nie przestali wzywać Bernarda z Wąbrzeźnie (lud okoliczny zwie go przebłogosławionym) i otrzymywać za jego przyczyną hojne łaski tak dla ciała jak i dla duszy. Można by zatem dowieść kultu jego od niepamiętnych czasów i otrzymać na to potwierdzenie, tak jak było ze czcią błog. Bogumiła, którą Rzym nie dawno nieomylną swoją władzą usankcjonował.

 

S. M. R.

 


[1] Cenna ta pamiątka przechowuje się w Poznaniu, w Muzeum Tow. Przyjaciół Nauk. Dostała się tam z klasztoru lubińskiego po ostatnim jego zakonniku, ks. Wojciechowskim, który zmarł w 1874 r. jako proboszcz w Starym Gostyniu.