Józef Marian Chudek 1928Józef Marian Chudek 1928

Józef Marian Chudek, Czcigodny sługa Boży Bernard z Wąbrzeźna, Kościan 1928, s. 16 (Bezpłatny dodatek do „Gazety Polskiej”).

 

Stosując się do dekretów papieża Urbana VIII oświadczam, że wszystko to, co napisałem o O. Bernardzie z Wąbrzeźna, może mieć pewność tylko historyczna i że we wszystkim poddaję się orzeczeniom Stolicy Apostolskiej.

 

  W stosunku do społeczeństw katolickich Europy zachodniej katolicyzm polski wydał niezbyt liczny poczet świętych i błogosławionych, takich właśnie wybrańców Bożych naród nasz w porównaniu z narodami zachodnioeuropejskimi posiada względnie niewielu, bo Włochy np. bądź też Francja mają ich po wielekroć więcej, gdybyśmy jednak przeszli ziemię naszą wzdłuż oraz wszerz, to na zacisznych cmentarzach wiejskich i w podziemnych kryptach prastarych świątyń znaleźlibyśmy ciała przelicznych sług Bożych, o beatyfikacji których myślano już przed setkami lat lub procesy beatyfikacyjne których były już niejednokrotnie w pełnym biegu, jeślibyśmy zaś ponadto zajrzeli do pokrytych pyłem wieków ksiąg, dowiedzielibyśmy się, iż życie ich było niezwykle świętobliwe, dowiedzielibyśmy się, iż wsławili się oni niezwykłymi cudami, wskutek czego zasłużyli na wyniesienie na ołtarze Kościoła. Groby ziomków naszych, zmarłych w opinii świętości, spotkać można we wszystkich dzielnicach Polski, nie licząc zagranicy, ponieważ znajdują się one zarówno hen na wschodnich rubieżach oraz w Małopolsce, jak i w b. zaborze rosyjskim, tudzież w Wielkopolsce. Na Kresach kędyś, tuż nad granicą bolszewicką leżą prochy O. Fabiana Maliszewskiego, dominikanina, w zaciszu cmentarnym w Kalwarii Pacławskiej, pod Przemyślem, spoczywają doczesne szczątki O. Wenantego Katarzyńca, franciszkanina. Kraków chowa w swych murach szacowne kości O. Stanisława Kazimierczyka, kanonika regularnego, jako też ks. Świętosława ze Sławkowa, chlubę Parzna stanowi grobowiec Wandy Malczewskiej, Góra Kalwaria znowu jest miejscem wiecznego spoczynku o. Stanisława od Jezusa i Marii Papczyńskiego, marianina białego, w Łagiewnikach pod Łodzią mieści się grób b. Rafała Chylińskiego, franciszkanina, w Warce pochowany został O. Rafał z Proszowic, bernardyn, natomiast mury kościoła OO. Benedyktynów w Lubiniu, w powiecie kościańskim, w Wielkopolsce, od trzystu dwudziestu pięciu blisko lat kryją w sobie ciało czcigodnego członka tego zakonu, O. Bernarda z Wąbrzeźna, będącego kandydatem do beatyfikacji, życie jakiego podobne jest do żywotów świętych, czczonych przez stolików całego świata od dawna.

  Świętobliwy ten rodak nasz urodził się w 1575 r. w Wąbrzeźnie, na Pomorzu, jako syn Pawła Pęcherka. Ojciec jego z zawodu był kościelnym, ze względu wszakże na to, że był człowiekiem rozsądnym, rozumnym oraz odznaczał się niepowszednimi zaletami charakteru, obywatele wąbrzescy wybrali go jeszcze na burmistrza tego miasta. Mały Błażej, takie bowiem imię otrzymał O. Bernard na chrzcie św., był najmłodszym dzieckiem państwa Pęcherków, a co się tyczy wychowania jego, to pobożni rodzice wychowali go nader świętobliwe, wychowali go bardzo religijnie, kładąc przez to trwałe fundamenty, na których mogły rozwinąć się wspaniale przemnogie cnoty. Dobre ziarno, rzucone w dziecięcą duszyczkę, rychło wydało owoc wspaniały, gdyż Błażej stał się budującym przykładem dla rodziny i dla obcych. Postępowanie jego było zawsze szlachetne. Jak ognia lękał się on najmniejszego bodajby grzechu, unikał złych towarzyszy, po modlitwie za się, na jakiej niemało w ciągu dnia spędzał chwil, największą przyjemność sprawiała mu nauka. Do nie to od najwcześniejszych lat swego życia okazywał zapał niezwykły, miłował książkę niezwykle, skoro zatem ukończył w rodzinnym mieście szkółkę początkowa rodzice wysłali go do szkół OO. Jezuitów w Poznaniu.

A uczynili to bez najmniejszej obawy, że pobyt syna ich w obcym mieście wyjdzie mu na złe, bo dali mi najlepszą broń do obrony przed zejściem na złą drogę, mianowicie bojaźń Bożą.

Do poznańskiego kolegium jezuickiego, słynącego w tym oto czasie daleko ze swoich nauczycieli, zapisał się jedenastoletni zaledwie Błażej Pęcherek w 1586 r. Oddalony od religijnej atmosfery domu rodzinnego otoczony swawolnymi oraz lekkomyślnymi kolegami postępował tak, jak i w domu, nie wchłaniał w siebie złych stron otoczenia, lecz stanowił dla współtowarzyszy wzór, śmiecił im zawsze dobrym przykładem. Kierownicy szkoły, OO. Jezuici, otaczali go troskliwą opieką, miłowali go szczerze za pracowitość, za pobożność za posłuszeństwo, najserdeczniejszym natomiast opiekunem jego był O. Wojciech Tobolski, który przedłuższy okres czasu był nauczycielem w kolegium jezuickim w Wiedniu, gdzie przez półtora roku uczył między innymi także św. Stanisława Kostkę, będąc równocześnie jego spowiednikiem. Pod przewodnictwem tego świętobliwego kapłana młodziutki Błażej doskonalił się coraz więcej, stosował natychmiast otrzymane na spowiedzi od O. Wojciecha rady, przez co zbliżał się do Chrystusa, przez co uświęcał swą duszę.

  Przebywając na studiach w Poznaniu, oddawał się jedynie modlitwie oraz pracy. Przez obcowanie z Bogiem na cichej rozmowie, przez wznoszenie do Pana Zastępów kornych modłów wypraszał sobie Jego łaskę wypraszał sobie siłę, potrzebną do pokonywania czyhających nań pokus. W ciągu dnia modlił się nader często, a czynił to nie tylko w kościele, ale również przy pracy, przy nauce, jakiej poświęcał się z niesłabnącym zamiłowaniem. Lenistwo było mu zupełnie nieznane, nie lenił się nigdy, albowiem rozumiał doskonale, iż bezczynność jest źródłem wszystkich grzechów.

Cnotą, którą pobożny syn państwa Pęcherków rozwinął w sobie w młodym bardzo wieku, była tak rzadka wśród ludzi cnota – czystość, czystość ciała, czystość duszy. Towarzysze szkolni jego, dzieci szlachty, miłującej, jak wiadomo zabawy, nieprzebierającej w słowach, lubującej się w rubasznych konceptach, szły w ślady swoich ojców, miast uczyć się woleli młodzi szlachcice trawić czas na hulankach, woleli bawić się, niebaczni na to, że, grzesząc, zasmucą ogromnie dobrego Pana nad pany. Tymczasem Błażej postępował całkiem inaczej, postępowanie jego było wręcz odwrotne. .Prawda w oczy kole – powiada nasze stare przysłowie, tak samo za się do wściekłości doprowadza rozpustników życie osób czystych, bo widok ich wywołuje w ich duszach wyrzuty sumienia. Nie podobał się kolegom pracowity ten młodzieniaszek, raziła ich jego anielska po prostu czystość. Początkowo więc pragnęli go wciągnąć do swego grona, skoro atoli spotkali się z kategorycznym oporem, jęli Błażeja prześladować na każdym kroku. Mściwość młodzi szlacheckiej była niezwykła, gdzie jego mogli, szydzili z niego, lżyli go, niejednokrotnie nawet bili, myśląc, że przez to skłonią go do zejścia na złą drogę, zawiedli się jednak ogromnie, ponieważ on zniewagi te tudzież szykany znosił mężnie i bez szemrania, lecz na tym jeszcze nie koniec, gdyż przebaczał to wszystko kolegom, polecał ich gorąco Stwórcy w czasie modlitw oraz prosił Go żarliwie, iżby opamiętali się i przestali tak ciężko grzeszyć.

Rozpatrując te prześladowania anielskiego młodzianka z ludzkiego punktu widzenia nie można dopatrzyć się w nich czegoś szczególniejszego, postać rzeczy aliści zmienia się od razu, gdy stanie się na podłożu religijnym, wówczas bowiem nietrudno jest domyślić się, że był to dopust Boży. To Sam Bóg chciał wypróbować Błażeja, to On Sam zesłał na niego próby, ażeby umocnić w nim tę niebiańską cnotę. W ogniu przykrości przekonał się świętobliwy młodzian, iż czystość ciała, jak i duszy, najłatwiej zachować jest przez stosowanie umartwień, oraz zrozumiał, że dogadzanie ciału przyczynia się do wzrostu zmysłowości, przeto zaczął umartwiać się. Takie postępowanie miłe było Panu ponad pany, bo oto, jak stwierdził pewnego razu O. Tobolski, celka Błażeja podczas umartwień pełna była jakiegoś cudownego, nieziemskiego światła.

Po wielekroć większym darem czynienia cudów obdarzył Stwórca swego wielkiego czciciela kiedy indziej. Jakiegoś dnia szedł Błażej razem ze swoimi przyjaciółmi, aż tu nagle spotkał małą dziewuszkę, rzewnie płaczącą. Płacz dziewczynki wzruszył jego czułe na niedolę ludzką serce, spytał ją zatem, kim jest i czemu to tak wielce rozpacza. W odpowiedzi na to zapytanie dziewczę odparło, iż jest sierotą, a co się tyczy powodów płaczu, to rzekła, że miała nieszczęśliwy wypadek, gdyż upadłszy stłukła dzbanek z mlekiem. Pragnąc dopomóc sierotce w nieszczęściu, pozbierał skrzętnie wszystkie skorupki, zestawił je, poczym jął modlić się do Zbawcy. Poszczególne skorupy na skutek jego modlitwy zlepiły się w całość w cudowny sposób, to też nalał do dzbanka wody, jak ongiś św. Jan Kanty, pobłogosławił ją znakiem Krzyża św. w następstwie czego woda zmieniła się na mleko. Po dokonaniu takiego cuda oddał dzban uszczęśliwionemu dziewczęciu, sam zaś powrócił spiesznie do kolegium.

W stosunku do ubogich czyli też kalek Błażej był bardzo miłosierny. Niejednokrotnie zdarzało, iż odejmował sobie od ust pożywienie, byleby tylko wesprzeć tych biedaków. Czasami po spożyciu otrzymanego odeń chleba chorzy powracali nagle do zdrowia, wieść o tym cudownym lekarstwie rozchodziła się lotem błyskawicy. W celu więc uniknięcia rozgłosu młodziutki cudotwórca unikał miejsc ludnych, a chronił się w zaciszne ustronia.

Jeden z biografów tego czcigodnego Polaka, ks. Florian Jaroszewicz, autor dzieła p.t. „Matka świętych, Polska”, powiada, że Błażej osobliwie w rozmyślaniu męki Jezusowej był tak gorący, że to i cudem Pan Bóg raczył sławić. Przez cały Wielki Post uczęszczał on na nabożeństwa pasyjne, pragnął tedy być obecnym na kazaniu pasyjnym także w Wielki Piątek, kiedy wszakże wyszedł z zajazdu na przedmieściu, zwanym Muszą Górą, kędy to mieszkał, po dojściu do poznańskich murów miejskich zastał bramę zamkniętą. Innej drogi do kościoła św. Marii Magdaleny nie było, pojedynczej osobie przed oznaczoną godziną podwoi nie otwierano, trzeba było zatem czekać. Błażej atoli chciał koniecznie być obecnym na nabożeństwie to też z żalu zalał się łzami. Przez chwilę łkał .żałośnie, wnet jednak, natchniony łaską Bożą, przeżegnał bramę, która momentalnie otworzyła się sama, gdy zaś dostał się on już do wnętrza grodu, sama też zamknęła się.

W szkołach poznańskich przebywał pobożny młodzian ogółem lat trzynaście, przez cały ten okres natomiast, jak pisze ks. Florian Jaroszewicz, „czystość duszną i cielesną nienaruszoną zachował". Szkolny Jego współtowarzysz, Krzysztof Marchlowic, wspominając o razem spędzonych chwilach, zeznał pod przysięgą w 1645 r. przed magistratem w Wąbrzeźnie, iż Błażej, „w Poznaniu do szkoły chodząc, tak, jako i w domu, dobrze we wszystkim się zachowywał”.

Osiągnąwszy doskonałość duchowną w młodym wieku, zapragnął syn państwa Pęcherków doskonalić się jeszcze więcej, skosztowawszy rozkoszy duchownych raz, zapragnął zażywać ich do końca swego żywota, skutkiem czego powziął postanowienie wstąpienia do zakonu. Skoro na wykładach w kolegium jezuickim poznał kilku młodych zakonników z klasztoru OO. Benedyktynów w Lubiniu, zamiar jego dojrzał, to też udał się tam niebawem, aby prosić o zaliczenie w poczet zakonników. To czego sobie życzył, spełniło się, magister nowicjuszów przyjął go z chęcią, w następstwie tego za się rozpoczął on próbę w nowicjacie. Po pewnym czasie przyjął habit zakonny, stosownie do zwyczaju chrzestne swe imię zmienił na zakonne Bernard, a w końcu złożył śluby zakonne, tudzież otrzymał święcenia kapłańskie.

Podówczas, kiedy O. Bernard przebywał w Lubiniu klasztor tamtejszy stał u szczytu swego rozwoju. Nad podniesieniem jego pracował wtedy z zapałem światły opat O. Stanisław Kiszewski, który upiększył kościół, upiększył bibliotekę klasztorną, podniósł  śpiewy kościelne, przy czym święcił przykładem dla całego klasztoru.

Co do O. Bernarda z Wąbrzeźna, to w zakonie udoskonalił się on po wielokroć więcej, dotychczas kwitnące w duszy cnoty rozminął jeszcze wspanialej. Regułę zakonną zachowywał w najdrobniejszych szczegółach, przełożonych słuchał bez najmniejszego szemrania, rozkazy ich zaś spełniał bez zwłoki. Jako kapłan, codziennie odprawiał Mszę św., to natomiast czynił z niepowszednim nabożeństwem, z niezwykłym przejęciem. Na modlitwie spędzał długie godziny, ze łzami w oczach modlił się do Odkupiciela, a ponadto codziennie, leżąc krzyżem na gołej ziemi bądź na ławce bez zwracania uwagi na mróz, rozmyślał o dobrym Chrystusie i o Jego bolesnej Męce. W trakcie rozmyślań tych tak zazwyczaj bywał zachwycony, że wyglądał, jak gdyby nieżywy. Ponieważ bał się obrazić Boga jakimś słowem, zachowywał stale milczenie, bez potrzeby nie mówił wcale, pragnąc za się zachować nadal czystość duszy jako też ciała, umartwiał się w dalszym ciągu z niezwykłą surowością. Pod jednym z wizerunków jego ze stulecia osiemnastego znajduje się krótka o nim wzmianka, w jakiej nieznany autor mówi, iż był z niego „mąż jak najniewinniejszy, niezmordowany w czuwaniach nocnych, wytrwały miłośnik modlitwy, surowy trapiciel swojego ciała”.

Świętobliwszego od O. Bernarda zakonnika nie było już, nikt go nie mógł przewyższyć pod tym względem, podziwiając więc jego cnoty, przełożony klasztoru, O. Kiszewski, mianował go mistrzem nowicjuszów. Ten właśnie urząd jest w każdym zakonie nadzwyczaj ważny, albowiem tacy będą przyszli zakonnicy, jaki był magister ich. Aczkolwiek pobożny ten benedyktyn, pochodzący z Wąbrzeźna, nie liczył jeszcze trzydziestu lat. Opat lubiński nie zawahał się nadać mu tę godność, albowiem pewny był, że o. Bernard nie zawiedzie pokładanych w nim nadziei, co rzeczywiście ziściło się.

Przez parę lat prowadził ten świętobliwy zakonnik nowicjat, zbożną tę pracę natomiast przerwała śmiertelna jego choroba. Jak pochodnia, płonął on miłością Bożą, płomień umiłowania Pana nad pany palił się w duszy jego nadzwyczaj jasno, uznał go przeto Stwórca za godnego wnijścia do przybytków niebiańskich, uznał go za dojrzałego dla niebios. Po ciężkiej chorobie, podczas której dał dowody niezwykłej cierpliwości, wyzionął O. Bernard ducha w opinii świętości. W ostatniej chwili życia chciał go szatan przestraszyć, pragnął czart wywołać w serce jego zwątpienie, w zbawienie jego duszy, na nic aliści to się zdało, bo konający zawołał do kusiciela: „Czegóż tu stoisz okrutna bestio? Nic we mnie przeciwnego woli Boskiej ale znajdziesz”, poczym wziął z rąk O. Kiszewskiego krzyż oraz, ucałowawszy go ze łzami w oczach, spokojnie zasnął. Stało się to dnia 2 czerwca 1603 r., gdy miał zaledwie dwadzieścia osiem lat.

Już w pięć lat po jego świętobliwej śmierci grób jego zasłynął cudami, liczni potrzebujący doznali jego pomocy i dla duszy i dla ciała, do trumny złożonej w nawie głównej na lewo od wejścia, dążyli przemnodzy wierni, by prosić go o łaski. W 1626 r. ks. Jan Trach-Gniński, biskup-sufragan poznański, a zarazem opat lubiński, ustawił nad grobem O. Bernarda drewniany pomnik, jako wotum za cudowne uzdrowienie. Obok osób pojedynczych cudów od tego czcigodnego sługi Bożego doznawały nawet cale miasta. Tak właśnie było z Grodziskiem, którego mieszkańcy w skutek gorących modłów do niego zostali uwolnieni od srożącego się morowego powietrza. Z biegiem lat coraz dalej rozszerzała się cześć prywatna O. Bernarda, coraz więcej było obdarowanych przezeń łaskami, to też O. Florian Jaroszewicz, pisząc swą „Matkę świętych, Polskę”, pod dniem 15 maja podał krótki „Żywot świętobliwego Bernarda z Wąbrzeźna Benedyktyna”, gdyż mówiono o nim powszechnie, jako o kandydacie do beatyfikacji, przy czym zbierano fundusz na koszta związane z prowadzeniem procesu beatyfikacyjnego. Dzieło owe wyszło w Krakowie w 1767 r., w tym samym natomiast wieku, mianowicie w 1794 r. za opata, O. Mikołaja Stanisława Kieszkowskiego, specjalna komisja biskupia dokonała otwarcia grobowca czcigodnego sługi Bożego. Ciało O. Bernarda znaleziono wówczas zachowane w całości, nie było ono wcale skażone, chociaż dywany, podrywające je, były całkiem zbutwiałe. W 1794 r. też O. Kieszkowski na miejscu dawnego nagrobka drewnianego, jaki spróchniał, ustawił nowy nagrobek z drzewa, sprowadzony z Wrocławia.

W ten właśnie sposób przygotowywano wszystko do procesu o beatyfikację, przygotowywania te jednakowoż przerwały takie wypadki polityczne, jak rozbiory Polski, wojny napoleońskie oraz zamęt, wywołany upadkiem Napoleona. Lubin dostał się w następstwie tych okoliczności pod zabór pruski. Prusacy za się rozpoczęli zwykłe swe rządy. Dobra klasztorne rozdali Niemcom, zakonników skazali na wymarcie, bogatą bibliotekę wraz z drogocennym archiwum wywieźli do Berlina, a fundusz na beatyfikację O. Bernarda najzwyczajniej w świecie zagrabili. Wobec takich faktów przez długie lata nie można było myśleć o wszczynaniu procesu beatyfikacyjnego, jakkolwiek wierni nie przestawali modlić się u trumny czcigodnego sługi Bożego. Cześć prywatną tego świętobliwego Benedyktyna szerzyła natenczas praca ks. Marcina Chwaliszewskiego, nosząca tytuł: „Żywot i cuda wielebnego sługi Bożego O. Bernarda z Wąbrzeźna”, wydana w Poznaniu w 1881 r. Kiedy w 1894 r. odbywał się w tym samem mieście wiec katolicki poruszono sprawę wyniesienia o. Bernarda na ołtarze, wszakże do rozpoczęcia procesu w św. Kongregacji Obrzędów w Watykanie wtedy nie doszło.

Skoro ojczyzna nasza zmartwychwstała, ks. prymas Edmund Dalbor oddał w 1923 r. OO. Benedyktynom ich klasztor oraz kościół w Lubiniu, powierzając im równocześnie parafię lubińską. W dwa lata po powrocie zakonników benedyktyńskich do dawnej siedziby nieznany bliżej autor, M. B., w artykule „Starajmy się o świętych polskich !”, wydrukowanym pod koniec 1925 r. w krakowskim „Dzwonie Niedzielnym”, pisał: „Może powrót do swego dawnego klasztoru OO. Benedyktynów, niedawno temu dokonany, tę sprawę przyśpieszy”, tymczasem okazuje się, że narazić jest to rzeczą niemożliwą, a dlaczego, wyjaśnił to w liście do nas z dnia 28 października 1926 r. O. Klemens Dąbrowski. :Sprawa beatyfikacji wieleb. O. Bernarda była w dawniejszych już latach dwukrotnie zaczynana” – brzmią jego słowa – „ale zawsze jakaś przeszkoda w drogę wchodziła. Leży nam ona bardzo na sercu, trudno jednak teraz się tym zająć, gdy nas jest jeszcze b. niewielu w klasztorze, a praca przy parafii bardzo absorbuje. Gromadzenie danych do beatyfikacji wymaga dużego nakładu czasu i pracy. Weźmiemy się do tego, gdy nas będzie więcej”.

Jeżeli chodzi o stan czci prywatnej czcigodnego sługi Bożego, to w Lubiniu jest ona rozwinięta, jak nam doniósł O. Klemens Dąbrowski, „pamięć o wiel. O. Bernardzie, żyje w tej okolicy”, „na grobie jego stale widnieją kwiaty i świece”, co świadczy o nawiedzaniu go przez wiernych. Kiedy dnia 15 grudnia 1926 r. zwiedzał klasztor lubiński ks. prymas Augustyn Hlond, wedle opisu w „Gazecie Polskiej” pióra Józefa Stańczewskiego, także „zainteresował się szczerze grobowcem wielebnego O. Bernarda z Wąbrzeźna, wyrażając nadzieję, że uda się przeprowadzić beatyfikacyjny proces świętego zakonnika”.

Katolickie społeczeństwo polskie z dalszych okolic naszego kraju zapoznaje się z postacią czcigodnego tego Polaka za pośrednictwem prasy, jaka od czasu do czasu podaje krótkie artykuły o nim. Pod koniec 1926 r. wiadomość o życiu tudzież o cnotach o. Bernarda, napisaną przez nas p.t. „Wytrwały miłośnik modlitwy”, zamieścił warszawski »Polak-Katolik” oraz włocławskie „Słowo Kujawskie”, a ponadto przedrukowała ją częstochowska „Niedziela”, w miesiąca lutym 1927 r. ładny szkic Józefa Stańczewskiego, zatytułowany: „Bernard z Wąbrzeźna, jako wzór studiującej młodzieży”, ukazał się na łamach warszawskiego „Pro Christo – Wiary i czynu”, popularny życiorys pióra naszego ogłosił w jakiś czas potem krakowski „Dzwon Niedzielny”, o wielebnym tym benedyktynie wspomniał w końcu Walenty Jezierski w wydanym w Kościanie w 1927 r. „Powiecie kościańskim”.

Świętość swojego sługi jeszcze za życia Pan Zastępów stwierdzał cudami, po stokroć liczniejszymi natomiast stały się one po jego zgonie. Krocie chorych oraz słabych na duchu, krocie biednych i cierpiących za jego przemożnym orędownictwem uzyskało łaski, o które prosili, jak zaś świadczy w poznańskim „Postępie” 1926 r. Józef Stańczewski, „skutecznej jego pomocy doznają wierni i dzisiaj jeszcze; świadczą o tym wymownie zeznania, składane przed proboszczami lubiskimi”. Podziękowanie za łaskę, doznaną za dni naszych, opublikował w 1926 r. poznański „Przewodnik Katolicki”, za wysłuchanie prośby dziękował wówczas Wincenty Stróżyński z żoną. „Wywiązując się z obietnicy”, – podawał on mianowicie do wiadomości publicznej – :składamy publiczne podziękowanie błogosł. Bernardowi z Wąbrzeźna, spoczywającemu w klasztorze św. Benedykta w Lubiniu Poznańskim, za wysłuchanie prośby i uzdrowienie córeczki, polecając Go każdemu w każdej potrzebie, jako orędownika u tronu Najwyższego”.

Pobożny ten zakonnik, wedle słów ks. Antoniego Jezierskiego, autora pracy „Klasztor Benedyktyński w Lubiniu”, ogłoszonej w 1915 r. w Poznaniu, „mimo młodego wieku jaśniał cnotami, jak gwiazda”, Bóg przypieczętował świętobliwość żywota jego przez cuda, zasługuje więc O. Bernard, iżby go Stolica Apostolski uznała za błogosławionego, iżby pozwoliła go czcić na ołtarzach w ojczyźnie naszej. Musimy starać się o to wszyscy, wszyscy musimy pracować nad beatyfikacją czcigodnego sługi Bożego, a obowiązek ten spełnimy wtedy, o ile modlić się będziemy o nowe cuda za jego przyczyną, o ile będziemy się modlić o wszczęcie jako też pomyślny przebieg procesu beatyfikacyjnego i o ile będziemy składali ofiary na fundusz beatyfikacyjny. Czyńmy to wszyscy, postępujmy tak zawsze, bo obecnie ogromnie potrzeba nam świętych polskich ! Polska schodzi dziś na manowce, synowie tudzież córy jej zstępują w błoto rozpusty, demoralizacja publiczna, publiczne zło, zaczyna szerzyć się u nas zatrważająco, górę bierze prywata, zanika u nas pobożność, trzeba tedy tym zbłąkanym istotom postawić wzniosły ideał szlachetności i wydrwiwanej dziś cnoty czystości, nim za się będzie O. Bernard. Dołóżmy starań, wykonujmy, co do nas należy, to za pośrednictwem tego anielskiego zakonnika, „który” – mówiąc słowami ks. Marcina Cbwaliszewskiego – „godzien jest zająć miejsce w Kościele polskim obok św. Kazimierza i św. Stanisława Kostki”, nastąpi prawdziwe odrodzenie moralne ojczyzny naszej, odrodzi się za jego przyczyną społeczeństwo polskie tak samo, jak za przyczyną św. Teresy od Dzieciątka Jezus, św. Jana Vianney, św. Magdaleny Zofii Barat oraz innych nowo wyniesionych na ołtarze patronów Francji nastąpiło wspaniałe odrodzenie katolicyzmu francuskiego trwające nadali.