Józef Stańczewski 1927Józef Stańczewski 1927

Józef Stańczewski, Bernard z Wąbrzeźna jako wzór studiującej młodzieży, Pro Christo. Wiara i czyn. Organ młodych katolików. miesięcznik, Rok 3, 1927, nr 2, s. 95-98.

[95]

 

Obchodziliśmy w tych dniach jubileuszową rocznicę patrona młodzieży, św. Stanisława Kostki. Przy tej okazji przypomniano studentom polskim, jak wspaniały wzór posiadają w tym świętym młodzieńcu, który nie marnował czasu, zdrowia i majątku na hulankach, ale zapalony miłością Bożą z głęboką pokorą oddawał się studiom swoim, a wolny czas obracał na modlitwę i ćwiczenia pobożne. Ponieważ św. Stanisław Kostka studiował w Wiedniu, a więc w obcym kraju, daleko od domu rodzicielskiego i jego opieki, przeto studenci polscy, szukający poza granicami swej Ojczyzny prawdy i nauki, powinni uważać go za szczególnego swego patrona.

Wobec tego słusznie nasuwa się pytanie, czy nie mamy wśród tylu świętych i błogosławionych polskich młodzieńca, który by mógł posłużyć jako wzór dla młodzieży, kształcącej się w krajowych szkołach i akademiach. Otóż i tu objawia się płodność naszej „Matki Świętych – Polski”, która posiada taki wzór w zapomnianym dzisiaj – niestety – wielebnym Bernardzie z Wąbrzeźna. Istnieje nawet pewna łączność między nim a św. Stanisławem Kostką: obaj posiadali mianowicie czasowo tego samego nauczyciela i spowiednika. Gdyż O. Wojciech Tobolski, jezuita, u którego kształcił się wielebny Bernard, wykładał, zanim przeniesiono go do Poznania, w Wiedniu i tam przez półtora roku był nauczycielem św. Stanisława Kostki[1].

O. Bernard z Wąbrzeźna przedstawia ze wszech stron wykończony wzór studenta polskiego. Przez trzynaście bowiem lat uczęszczał do szkół z Poznaniu, aż poznawszy regułę św. Be[96]nedykta wstępuje jako 24-letni młodzieniec do klasztoru benedyktyńskiego w Lubiniu, gdzie już po kilka latach umiera in sanctitatis opinione[2]. Życie jego – to jakby kartka, wyjęta z „Żywotów Świętych”, tak pełne jest wzniosłych chwil i cudownych wydarzeń, mimo to trzech wieków czeka na kanonizację. Niestety, akta zbierane i spisywane w tym celu przez opatów i zakonników lubińskich, zaginęły częściowo w burzach dziejowych ubiegłych stuleci, a fundusz w sumie kilku tysięcy talarów zagrabili Prusacy przy kasacie klasztoru lubińskiego w r. 1836.

Dzisiaj po zmartwychwstaniu Ojczyzny oraz odnowieniu klasztoru w Lubiniu, do którego już wrócili Ojcowie Benedyktyni, czas przypomnieć społeczeństwu polskiemu, a zwłaszcza młodzieży szkolnej, jak piękny posiada wzór w tym świętobliwym zakonniku, który „mimo młodego wieku jaśniał cnotami jak gwiazda”[3].

Wielebny Bernard pochodził z Wąbrzeźna na pOmrzu, gdzie urodził się w r. 1557 jako jeden z młodszych dzieci burmistrza i kościelnego zarazem, Pawła Pęcherka. Na chrzcie świętym dano mu imię Błażej. Już we wczesnej młodości zdradzał nadzwyczajny zapał do nauki obok głębokiej pobożności. Ponieważ uczył się bardzo pilnie, a zachowaniem swoim budował wszystkich, przeto rodzice, widząc jego zamiłowanie do książek, postanowili posłać go na studia do Poznania, spodziewając się jak najlepszych wyników. I nie zawiedli się.

Wspólnie więc z innymi towarzyszami udaje się Błażej w r. 1586 do Poznania i tutaj zapisuje się do szkół OO. Jezuitów, słynących podówczas ze swych profesorów. Wszak pierwszym rektorem kolegium poznańskiego, założonego w r. 1573, był wyśmienity tłumacz Pisma Świętego na język polski, O. Jakub Wujek. W Poznaniu Błażej Pęcherek cnotami sowimi od razu zwrócił na siebie uwagę nauczycieli i zaskarbił sobie wnet ich przyjaźń i zaufanie. Szczególnie wymieniony już wyżej O. Wojciech Tobolski szczerze się nim zaopiekował i wspierał go na [97] każdym kroku, zwłaszcza gdy się przekonał, że uczeń jego anielski wprost wiedzie żywot i w wysokim stopniu posiada łaskę Niebos. Stwierdził bowiem, że celka Błażeja w czasie umartwień jaśniała nadziemskim blaskiem. Nie dziw więc, że XX. Jezuici stawiali go na wzór uczącej się u nich młodzieży i polecali go jako przykładnego i świętobliwego studenta.

Nie podobało się to niektórym współuczniom Błażeja, zwłaszcza tym, którzy zamiast uczyć się i pracować nad swym charakterem, woleli czas obracać na marną swawolę, jeśli nie na grzeszne nałogi i hulanki. Więc mścili się na nim. Szydzili zeń i lżyli, a nawet napadli na niego i bili go. Lecz on pokornie i po bohatersku znosił te zniewagi. Chętnie przebaczał nawet przepraszał jeszcze takich kolegów, polecając ich Bogu. Nadal zaś obcował tylko z dobrymi przyjaciółmi, unikając nawet pozoru grzechu, wobec czego unikał wszelkich hałaśliwych zabaw i wycieczek.

Nawet posiadał nadzwyczaj litościwe serce i często ujmował sobie od ust chleb, aby dzielić się nim z żebrakami i kalekami. Zdarzało się, że chorzy po skosztowaniu tego chleba nagle przychodzili do zdrowia, więc inni, usłyszawszy o tym, oblegali go i prosili o tak cudowne lekarstwo. Obawiając się rozgłosu, trzymał się z dala od miejsc ludniejszych i przebywał więcej na samotności.

Pewnego razu, idąc z przyjaciółmi, spotkał dziewczątko, które potknąwszy się, rozbiło dzbanek z mlekiem. Wzruszył go płacz sieroty i podobnie jak św. Jan Kanty, pozbierał skorupy, zestawił je i pomodliwszy się gorąco do Boga Wszechmogącego, cudownie zlepił. Następnie nalał do dzbanka wody, pobłogosławił znakiem krzyża świętego i zamienił ją w mleko, zwróciwszy wszystko uradowanemu dziewczęciu. Malowany obraz, przedstawiający to zdarzenie, zawieszono później na pamiątkę u grobu jego.

Wielkimi za prawdę cudami wynagradzał Bóg czystość i miłość Błażeja. Gdy raz w Wielki Piątek przed wschodem słońca zdążał na kazanie pasyjne do kościoła św. Marii Magdaleny – mieszkał bowiem w pewnej oberży na przedmieściu „Musza Góra” zwanym – zastał bramę miejską szczelnie zamkniętą. Zesmutniał więc i zalał się łzami z żalu, że nie będzie mógł uczestniczyć w ulubionym nabożeństwie. Wszakże łaską Pańską natchniony [98] przeżegnał podwoje, które natychmiast cudownym sposobem się otwarły i znowu zamknęły[4].

         Przez cały czas studiów Błażej tylko jedno miał na oku, aby we wszystkim był uwielbiony Bóg. To też mimo pokus i zdrożności, w jakie obfituje życie w większym zwłaszcza mieście, zachował anielską czystość serca i umysłu i odznaczał się niezwykłą pokorą, pilnością i pobożnością. To też w 42 lat jeszcze po jego śmierci zeznał o nim przysięgą w magistracie wąbrzeskim jeden z jego towarzyszów, Krzysztof Marchlowic, że w „Poznaniu do szkoły chodząc, tak jako i w domu dobrze we wszystkim się zachowywał”.

         Poznawszy w Poznaniu na wykładach młodych zakonników benedyktyńskich z Lubinia, zapragnął przyłączyć się do nich i w r. 1599 wstępuje do klasztoru lubińskiego, który wówczas stał i szczytu swego rozwoju. Tutaj po pięciu latach nader umartwionego życia, wsławionego licznymi cudami, dokonał po ciężkiej chorobie dnia 2 czerwca 1603 r. swego świątobliwego żywota, jako kapłan i mistrz nowicjuszów. Opłakiwał go szczerze opat i klasztor cały, którego największą był ozdobą. Na jego grobie zaś, który szybko zasłynął cudami, postawił wdzięczny za uzdrowienie sufragan poznański ks. Jan Trach-Gniński, drewniany pomnik. A gdy ten z czasem spróchniał, ufundował w r. 1794 opat Mikołaj Stanisław Kieszkowski nowy nagrobek, wykonany we Wrocławiu. W tym też roku osobna komisja biskupia otwarła grób jego, znajdując ciało dobrze zachowane i nieskażone, natomiast dywany, którymi było okryte, zbutwiały. Pochowano je ponownie w kościele klasztornym, w głównej nawie, na lewo od wejścia.

         Oto kilka zaledwie szczegółów z życia tego świętego, który – jak pisze ks. Marcin Chwaliszewski – godzien jest zająć miejsce w Kościele polskim obok św. Kazimierza i św. Stanisława Kostki. Obyśmy wnet doczekali się rozpoczęcia procesu beatyfikacyjnego wielebnego O. Bernarda z Wąbrzeźna, aby wypełniła się ta trójca świętych młodzieńców polskich na Chwałę Boga, Kościoła i Ojczyzny, a na wzór naszej drogiej młodzieży.

 


[1] Ks. M. Chwaliszewski, Żywot i cuda O. Bernarda z Wąbrzeźna, Poznań 1881, s. 12.

[2] P. St. Szyczygielski, OSB, Aquila Polono-Benedictina, Cracoviae 1663, s. 154.

[3] Ks. A. Jezierski, Klasztor benedyktyński w Lubiniu, Poznań 1915, s. 32.

[4] X. F. Jaroszewicz, Matka Świętych Polska, Poznań 1893, II, s. 175